http://www.kulturaonline.pl/Wladimir,Kantor,i,jego,krokodyl,tytul,artykul,1320.html

Władimir Kantor i jego krokodyl
2007-08-01 Magdalena Talik
Rosyjski inteligent pije, bo jest słaby z natury. Tak twierdzi Lowa, dziennikarz z powieści "Krokodyl" Władimira Kantora. Ta niepozorna książeczka to rewelacyjne studium ludzkiego upodlenia, napisane bez zadęcia, za to z ironią.
Władimir Kantor, "Krokodyl", Wydawnictwo Akademickie, Dialog 2007
Władimir Kantor jest debiutantem na polskim rynku prozatorskim, a jego nazwisko niewiele powie przeciętnemu czytelnikowi. Być może lepiej skojarzą go intelektualiści, bo Rosjanin dwa lata temu został wymieniony przez pismo "Le Nouvel Observateur" jako jeden z najważniejszych europejskich myślicieli. Na szczęście, mimo profesury z filozofii, jego "Krokodyl" nie jest teoretyczną rozprawą o skutkach pijaństwa, ale świetnie napisaną powieścią o rosyjskiej duszy.
Jesteśmy w Moskwie w 1979 roku. Główny bohater Lowa pracuje w redakcji pisma filozoficznego, przygotowując także teksty dla mniej zaradnych naukowców. Sam porzucił ambicje zrobienia doktoratu, choć wciąż ma w planach napisanie książki - "Socjalistyczny model życia". Dopracowuje też w myślach własną teorię, w której porównuje życie do kalejdoskopu - wystarczy lekko potrząsnąć i elementy ułożą się w zupełnie nowy wzór.
Biografia Lowy też przypomina kalejdoskop. Wszystko się tu zmienia: redaktor dwukrotnie się rozwodził, a teraz ma kochankę w ciąży. Poza pracą i szefem półgłówkiem, który go frustruje, największą rozkoszą Lowy jest alkohol. A ściślej - celebra, jaka towarzyszy zakrapianym nasiadówkom. Bo koledzy redakcyjni nie spotykają się, by po prostu zapić, ale przy okazji prowadzą intelektualne dyskusje. Poklepując i zakąszając powtarzają za Puszkinem, że rosyjska kultura jest najbogatsza na świecie, a tylko przez lenistwo i biedę się ją marnuje. Zdarza im się też pobić między sobą w imię idei.
Żyjąc w tej matni Lowa czuje się bezpieczny, bo zawsze potrafi się przed sobą usprawiedliwić, że robi dobrze. Do czasu, kiedy we własnej bramie wpada na kłapiącego zębami krokodyla. Przerażony postanawia zwrócić się o pomoc do dawnego przyjaciela, którego długo nie widział, bo postawił na picie, a Grisza wybrał życie rodzinne.
Książka Kantora wpisuje się w popularny na wschodzie nurt literatury przesiąkniętej alkoholowym demonem. Pił Dostojewski, pije Jerofiejew i Kurkow (ukraiński pisarz). Alkohol rozjaśnia umysł, rozgrzesza, pozwala widzieć się w lepszym świetle, a to ważne, kiedy ego zostaje zdeptane. Inteligent jest bowiem nikim. Nie zarabia, nie ma pozycji, jest sfrustrowany, nie układa mu się, nie ma co liczyć na miłość.
Alkohol jest więc doskonałą rekompensatą. A skąd Kantor wytrzasnął tytułowego krokodyla? To długa historia, związana z literaturą i historią Moskwy. O zielonym stworze pisał już bowiem Dostojewski, zaś stolica Rosji w języku starobałtyckim znaczy "błotnista", bo kiedyś były tam bagna. Czy żyły w nich krokodyle? Wątpliwe. Ale żyły jaszczury, bliscy krewni krokodyli. U Kantora zielony gad stał się ostatnim ostrzeżeniem dla deliryka i głosem sumienia. Tylko czy zapijaczony i pewny swego Lowa będzie chciał go posłuchać?
Polskie tłumaczenie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej doskonale oddaje uniwersalny charakter opowieści (choć akcja toczy się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku). Na dokładkę mamy jeszcze świetne ilustracje Bohdana Butenki.

Władimir Kantor i jego krokodyl
2007-08-01 Magdalena Talik
Rosyjski inteligent pije, bo jest słaby z natury. Tak twierdzi Lowa, dziennikarz z powieści "Krokodyl" Władimira Kantora. Ta niepozorna książeczka to rewelacyjne studium ludzkiego upodlenia, napisane bez zadęcia, za to z ironią.
Władimir Kantor, "Krokodyl", Wydawnictwo Akademickie, Dialog 2007
Władimir Kantor jest debiutantem na polskim rynku prozatorskim, a jego nazwisko niewiele powie przeciętnemu czytelnikowi. Być może lepiej skojarzą go intelektualiści, bo Rosjanin dwa lata temu został wymieniony przez pismo "Le Nouvel Observateur" jako jeden z najważniejszych europejskich myślicieli. Na szczęście, mimo profesury z filozofii, jego "Krokodyl" nie jest teoretyczną rozprawą o skutkach pijaństwa, ale świetnie napisaną powieścią o rosyjskiej duszy.
Jesteśmy w Moskwie w 1979 roku. Główny bohater Lowa pracuje w redakcji pisma filozoficznego, przygotowując także teksty dla mniej zaradnych naukowców. Sam porzucił ambicje zrobienia doktoratu, choć wciąż ma w planach napisanie książki - "Socjalistyczny model życia". Dopracowuje też w myślach własną teorię, w której porównuje życie do kalejdoskopu - wystarczy lekko potrząsnąć i elementy ułożą się w zupełnie nowy wzór.
Biografia Lowy też przypomina kalejdoskop. Wszystko się tu zmienia: redaktor dwukrotnie się rozwodził, a teraz ma kochankę w ciąży. Poza pracą i szefem półgłówkiem, który go frustruje, największą rozkoszą Lowy jest alkohol. A ściślej - celebra, jaka towarzyszy zakrapianym nasiadówkom. Bo koledzy redakcyjni nie spotykają się, by po prostu zapić, ale przy okazji prowadzą intelektualne dyskusje. Poklepując i zakąszając powtarzają za Puszkinem, że rosyjska kultura jest najbogatsza na świecie, a tylko przez lenistwo i biedę się ją marnuje. Zdarza im się też pobić między sobą w imię idei.
Żyjąc w tej matni Lowa czuje się bezpieczny, bo zawsze potrafi się przed sobą usprawiedliwić, że robi dobrze. Do czasu, kiedy we własnej bramie wpada na kłapiącego zębami krokodyla. Przerażony postanawia zwrócić się o pomoc do dawnego przyjaciela, którego długo nie widział, bo postawił na picie, a Grisza wybrał życie rodzinne.
Książka Kantora wpisuje się w popularny na wschodzie nurt literatury przesiąkniętej alkoholowym demonem. Pił Dostojewski, pije Jerofiejew i Kurkow (ukraiński pisarz). Alkohol rozjaśnia umysł, rozgrzesza, pozwala widzieć się w lepszym świetle, a to ważne, kiedy ego zostaje zdeptane. Inteligent jest bowiem nikim. Nie zarabia, nie ma pozycji, jest sfrustrowany, nie układa mu się, nie ma co liczyć na miłość.
Alkohol jest więc doskonałą rekompensatą. A skąd Kantor wytrzasnął tytułowego krokodyla? To długa historia, związana z literaturą i historią Moskwy. O zielonym stworze pisał już bowiem Dostojewski, zaś stolica Rosji w języku starobałtyckim znaczy "błotnista", bo kiedyś były tam bagna. Czy żyły w nich krokodyle? Wątpliwe. Ale żyły jaszczury, bliscy krewni krokodyli. U Kantora zielony gad stał się ostatnim ostrzeżeniem dla deliryka i głosem sumienia. Tylko czy zapijaczony i pewny swego Lowa będzie chciał go posłuchać?
Polskie tłumaczenie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej doskonale oddaje uniwersalny charakter opowieści (choć akcja toczy się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku). Na dokładkę mamy jeszcze świetne ilustracje Bohdana Butenki.





